Autor:

Wszystkie przepisy autorstwa Ola Kopczyńska

Ola Kopczyńska

O autorze

Przez lata pracowałam jako nauczyciel akademicki, ale jakiś czas temu zdecydowanie zmieniłam kurs. Zajęłam się gotowaniem. Prowadzę warsztaty kulinarne dla dzieci i dorosłych. Odwiedzam szkoły i przedszkola, organizuję kulinarne urodziny. W przepięknej i klimatycznej poznańskiej „Republice Słonecznej” prowadzę cykl warsztatów „Szkoła młodych żon”. Gotujemy i pieczemy proste, szybkie i pyszne potrawy. Tam poznałam osoby, które zainspirowały mnie do stworzenia bloga. Osoby, które nie zawsze potrafią gotować, często tego nie lubią, ale z różnych względów MUSZĄ. I nie chcą poświęcać tej czynności zbyt wiele czasu.

Doskonały sos do sałaty

Czas przygotowania: ok. 5 min.

Doskonały sos do sałaty

Czas przygotowania: ok. 5 min.

Ten sos do sałaty robię od lat. W upalne letnie dni, taki jak był wczoraj, sprawdza się idealnie. Do tego kawałek mięsa albo treściwa sałatka i obiad gotowy!
  • 2-3 ząbki czosnku
  • ok. 1 łyżki miodu
  • ok. sok z ½ cytryny
  • ok. ½ szklanki oleju rzepakowego z pierwszego tłoczenia/ oliwy/ oleju z pestek winogron
  • spora szczypta soli

Przygotowanie

Czosnek wycisnąć do większej miseczki, rozrobić go z solą. Dodać miód i sok z cytryny, wymieszać, najlepiej za pomocą trzepaczki balonowej. Gdy składniki się połączą, stopniowo wlewać olej/ oliwę, cały czas mieszając. Sos zgęstnieje. Sprawdzić smak, w razie potrzeby dodać miód lub sok z cytryny, aby zrównoważyć smaki. Ja najczęściej używam oleju rzepakowego i oliwy, mniej więcej pół na pół. Oba są dość intensywne w smaku. Olej z pestek z winogron jest neutralny w smaku.
 

Limonkowa zupa z ziemniaków i bobu

Czas przygotowania: ok. 10 min., czas gotowania: 25 min.

Limonkowa zupa z ziemniaków i bobu

Czas przygotowania: ok. 10 min., czas gotowania: 25 min.

Miałam ochotę zrobić limonkową zupę z młodych ziemniaków (na blogu), którą bardzo lubię, gdy mój wzrok padł na ugotowaną i obraną miskę bobu z dnia poprzedniego. Chciałam z niego zrobić pastę, ale pomyślałam sobie, że po prostu dorzucę go do zupy i będę miała mniej pracy. I tak powstała pyszna zupa z ziemniaków i bobu, z dodatkiem śmietanki, której resztkę stojącą w lodówce należało zużyć.
  • 2 cebule ze szczypiorem
  • olej z pestek winogron/ masło klarowane
  • 6-7 niedużych ziemniaków
  • kubek ugotowanego i obranego wcześniej bobu
  • rozmaryn, najlepiej świeży
  • 5 liści kaffiru (z drzewa limonki)
  • ok. 1 l bulionu warzywnego/ wody
  • sól, pieprz
  • sok wyciśnięty z limonki/ cytryny
  • kilka łyżek śmietanki 30%
  • świeża kolendra

Przygotowanie

Ziemniaki wyszorować (nie obierać), pokroić w niedużą kostkę. Cebulę ze szczypiorem posiekać. Rozgrzać garnek, gdy będzie ciepły, wlać olej/ wrzucić kawałek masła i gdy się nieco rozgrzeje, wsypać cebulę ze szczypiorem. Smażyć 2-3 minuty, mieszając od czasu do czasu, żeby się nie przypaliła. Dodać ziemniaki i liście kaffiru, rozmaryn i smażyć je z cebulą ok. 5 minut, także mieszając co jakiś czas. Dolać bulion/ wodę i gotować ok. 15-20 minut, aż ziemniaki będą miękkie. Dodać sól, pieprz i bób, gotować jeszcze ok. 3 minuty. Wcisnąć sok z limonki/ cytryny. Nabrać na chochlę nieco zupy, dodać śmietankę, wymieszać i wlać wszystko do garnka. Wyciągnąć liście kaffiru. Podawać z kolendrą.
 

Jagodzianki Cioci Mo

Czas przygotowania: bardzo długo

Jagodzianki Cioci Mo

Czas przygotowania: bardzo długo

Mam taką Ciocię, która piecze najlepiej na świecie! Jej placek ze śliwkami to mistrzostwo świata i jeden z moich ukochanych smaków dzieciństwa. W sezonie śliwkowym często wspominamy go z moją siostrą. Piekę go od kilku lat, ale przyznaję, że to do końca nie to samo. Mistrzyni jest jedna! Kilka lat temu Ciocia powitała mnie świeżo upieczonymi jagodziankami. Co oczywiste, były nieziemsko pyszne. Wzięłam przepis i kilka razy się z nim zmierzyłam. Jagodzianki wychodzą pyszne, ale sporo trzeba się przy nich napracować. Najgorsze jest nadziewanie bułek jagodami i ich zalepianie. Ale was zachęciłam! Przyznaję, upieczenie ich wymaga czasu i wysiłku, ale smak jagodzianek w pełni go wynagradza, warto się pomęczyć. I te pochwały od całej rodziny, bezcenne.
  • 250 ml mleka (u nas roślinne)
  • 40 g świeżych drożdży
  • 150 g roztopionego masła
  • 150 g cukru (trzcinowego)
  • 4 żółtka
  • 500 g mąki (u nas orkiszowa)
  • szczypta soli
  • ok. 30 dkg świeżych jagód

Przygotowanie

Mleko podgrzać tak, aby było ciepłe, nie gorące. Do połowy wrzucić pokruszone drożdże, 1 łyżkę cukru i 1 łyżkę mąki. Wymieszać i zostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu (ok. 10-15 minut), przykryte czystą ściereczką. Resztę mleka, stopione i przestudzone masło, mąkę, żółtka, cukier, sól i zaczyn dobrze wyrobić na ciasto. Odstawić, przykryte, w ciepłe miejsce na co najmniej godzinę, tak aby podwoiło objętość. Zagnieść podsypując mąką, podzielić na 15-16 części. Z każdej części uformować placek, jeśli trzeba jeszcze podsypując mąką. Rozpłaszczyć i na środek nałożyć jagody wymieszane z 1-2 łyżkami cukru. Dla mnie najprościej jest rozłożyć placek na lewej dłoni, zgiąć ją nieco formując dołek i w ten dołek nałożyć jagody. Zlepić krawędzie placka formując bułkę, układać jagodzianki na blasze. Przykryć je ściereczką i odczekać jeszcze ok. 30 minut. Posmarować roztrzepanym jajkiem (niekoniecznie), wstawić do nagrzanego do 170 st. piekarnika w opcji góra-dół (pieczenie tradycyjne) na 15 minut. Po tym czasie podnieść temperaturę do 190 st. i piec kolejne 15 minut do zrumienienia. Wyciągnąć, przestudzić. Oczywiście jeszcze ciepłe są najlepsze. Można jeszcze zrobić lukier lub posypać cukrem pudrem, chociaż ja pomijam te dodatki.
 

Pasta z bobu

Czas przygotowania: ok. 15 min.

Pasta z bobu

Czas przygotowania: ok. 15 min.

Prawie codziennie gotuję bób. Dokładam do zup, sałatek, przerabiam na najróżniejsze pasty, chociaż najchętniej podjadam taki wyciągnięty prosto z łupinki. Ta pasta znalazła uznanie u Tomka i Mai, choć ta ostatnia bobu nie lubi. Coś zatem musi w niej być!
  • kubek ugotowanego bobu
  • ½ czerwonej cebuli
  • 1-2 ząbki czosnku
  • sok z ok. ½ cytryny
  • ok. 1 łyżka sosu sojowego
  • ok. 2 łyżek oleju rzepakowego
  • sporo posiekanej świeżej kolendry
  • sól, pieprz
  • ostra wędzona papryka

Przygotowanie

Ugotowany w osolonej wodzie bób odcedzić na sicie i natychmiast przelać zimną wodą i/ lub wrzucić do miski z bardzo zimną wodą (z lodem). Po kilku minutach odcedzić, obrać, podusić widelcem (nie musi być na bardzo gładko). Cebulę i czosnek bardzo drobno posiekać. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać, dodać tyle przypraw, żeby uzyskać ulubiony smak. Jeśli pasta jest zbyt sucha, dodać nieco oleju.
 

Sałatka z karmelizowanym tofu, bobem i pomidorem

Czas przygotowania: ok. 15 min.

Sałatka z karmelizowanym tofu, bobem i pomidorem

Czas przygotowania: ok. 15 min.

Zdaję sobie sprawę, że tofu nie jest popularnym produktem zalegającym w lodówce, ale… Po pierwsze, poszerzam kulinarne horyzonty i sięgam po nowe, inne i mniej znane produkty, które być może sprawdzą się wśród moich blogowych Czytelników. Po drugie, potrzebuję obecnie produktów z dużą zawartością żelaza, a podobno w tofu jest go sporo, więc eksperymentuję. Tofu samo w sobie jest dla mnie paskudne, nawet to wędzone, które mi polecano i które podobno jest lepsze. Nie jest, ale od czego jest Internet. Poszperałam, poczytałam i dowiedziałam się, że tofu bardzo zyskuje, gdy się je zamarynuje i potem jeszcze obrobi. Tak też z nim zrobiłam, przepis na karmelizowane tofu znalazłam na White Plate, reszta sałatki to moja inwencja. Wyszła pyszna, lekka, pełna żelaza i witaminy C, która pozwala je lepiej przyswoić.
  • kostka wędzonego tofu
  • 2-3 nieduże ząbki czosnku
  • ½ łyżeczki soli
  • 4 łyżki cukru trzcinowego
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 1 duży dojrzały pomidor
  • garść ugotowanego bobu
  • ½ – 1 pęczka natki
  • (sól), pieprz

Przygotowanie

Tofu pokroić w niedużą kostkę. W moździerzu utrzeć czosnek z solą i cukrem, potem stopniowo dolewać olej i dalej ucierać do uzyskania pasty. Wrzucić tofu i delikatnie wymieszać, żeby kawałki pokryły się pastą. Rozgrzać patelnię i smażyć na niej tofu ułożone tak, aby tworzyło pojedynczą warstwę. Smażyć chwilę i przewrócić na inną stronę, później na kolejne na tyle, ile się da. Gdy będzie już przyrumienione, wlać sos sojowy i smażyć jeszcze ok. 30 sekund. Przełożyć do miski, dodać pozostałe składniki. Uważać z solą, żeby nie przesolić, bo sos sojowy jest słony.
 

Placki z cukinii z tymiankiem i mozzarellą (bezglutenowe)

Czas przygotowania: ok. 15 min. plus czas smażenia

Placki z cukinii z tymiankiem i mozzarellą (bezglutenowe)

Czas przygotowania: ok. 15 min. plus czas smażenia

Cukinia to wdzięczne warzywo, które latem często wykorzystuję. Jest bardzo delikatna w smaku, żeby nie powiedzieć nieco mdła, więc potrzebuje bardziej aromatycznych dodatków. Lubię ją w towarzystwie świeżo zmielonej gałki muszkatołowej, czosnku, parmezanu i pomidorów. Od lat przygotowuję cukiniowe placuszki z różnymi dodatkami, ten przepis to moje najnowsze odkrycie.
Jest to wersja bezglutenowa, ponieważ dodaję mąkę z ciecierzycy, ale oczywiście można użyć zwykłej mąki.
  • 2 nieduże świeże cukinie
  • 2-3 ząbki czosnku
  • świeży tymianek
  • kilka gałązek posiekanej natki
  • 1-2 jajka
  • 1-2 kulki mozzarelli
  • sól. pieprz, świeżo starta gałka muszkatołowa
  • kilka łyżek mąki z ciecierzycy
  • olej/ masło klarowane

Przygotowanie

Cukinię zetrzeć ze skórką na tarce (duże oczka). Można cukinię wrzucić na sitko, żeby pozbyć się części soku, ale ja tego nie robię. Czosnek przecisnąć przez praskę. Do cukinii dodać czosnek, dużo obranego z gałązek tymianku, natkę, jajko/a, przyprawy i pokrojoną w niewielką kostkę mozzarellę. Dodać tyle mąki, żeby masa na tyle zgęstniała, aby placki się nie rozwalały. Smażyć z obu stron na oleju lub maśle klarowanym na złoty kolor. Można odsączyć z tłuszczu na ręczniku papierowym. Podaję z sosem czosnkowo-ziołowym.
 

Syrop z hyczki (kwiatów czarnego bzu)

Czas przygotowania: ok. 15 min. plus wiele godzin studzenia syropu plus pasteryzowanie

Syrop z hyczki (kwiatów czarnego bzu)

Czas przygotowania: ok. 15 min. plus wiele godzin studzenia syropu plus pasteryzowanie

Pora zacząć przygotowanie zapasów na zimę. Od lat robię różne przetwory. Niektóre znikają jeszcze przed zimą, inne zalegają w spiżarni po 2-3 lata. Już wiem zatem, co się u nas sprawdza, a co mam sobie odpuścić. W zeszłym sezonie, w pierwszej trójce uplasowały się: syrop z hyczki, wypity jeszcze przed nastaniem jesieni, marmolada z aronii, która świetnie sprawdziła się w kanapkach do szkoły oraz przecier z pomidorów. I na tym się skupię w tym sezonie. Hyczka już dojrzewa, więc trzeba się spieszyć. Myślę, że to ostatni weekend na jej zbiór, zatem do dzieła. Przepis dostałam od cioci, chociaż oczywiście wprowadziłam zmiany.
  • około 70 dużych baldachów hyczki
  • 2 l wody
  • 1,8 kg cukru (trzcinowego)
  • 3 cytryny
  • 3 limonki
  • 50 g kwasku cytrynowego (ja pominęłam)

Przygotowanie

Hyczki nie myjemy, odcinamy grubsze gałązki. Limonki i cytryny kroimy w ćwiartki. Zagotowujemy wodę, dodajemy cukier, mieszamy do rozpuszczenia. Kiedy się rozpuści, dorzucamy limonki, cytryny i bez (kwasek). Chłodzimy. Po schłodzeniu zawijamy garnek w worek foliowy i wstawiamy na 24 h do lodówki. Ja nie dodaję kwasku, tylko wyciskam sok z wszystkich cytryn i limonek. Przecedzamy, wlewamy do wygotowanych słoiczków i pasteryzujemy (ja pasteryzuję ok. 25 min. w piekarniku rozgrzanym do 120st., później, ciepłe jeszcze słoiki odstawiam do góry dnem i przykrywam kocami. Odstawiam do spiżarni gdy zupełnie ostygną).
 

Nasza ulubiona wiosenna surówka

Czas przygotowania: ok. 10 min.

Nasza ulubiona wiosenna surówka

Czas przygotowania: ok. 10 min.

Trzy podstawowe składniki, kilka dodatków i oto jest – nasza ulubiona surówka, którą robię co kilka dni i jeszcze się nam nie znudziła. Chrupiąca i pyszna. Polecam.
  • 4 ugotowane jajka
  • duża kalarepa
  • pęczek rzodkiewek
  • pół pęczka szczypiorku
  • pół pęczka koperku
  • łyżka majonezu
  • łyżka chrzanu
  • sól, pieprz

Przygotowanie

Jajka obrać, pokroić w kostkę. Rzodkiewki pokroić w plasterki, kalarepę w zapałkę. Warzywa wymieszać z jajkami, majonezem, chrzanem i posiekanymi koperkiem oraz szczypiorkiem. Doprawić solą i pieprzem.
 

Tarta ze szpinakiem i twarogiem

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas pieczenia: ok. 1 h

Tarta ze szpinakiem i twarogiem

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas pieczenia: ok. 1 h

Tarty najczęściej robię z masą jajeczno-śmietankową, czasami z serem ricotta. Znalazłam gdzieś przepis, w którym na wierzchu był zwykły ser twarogowy. Z pewną rezerwą postanowiłam sprawdzić to połączenie i… wyszło świetnie. Szpinak świetnie zgrał się z twarogiem. Kilka słów o szpinaku. Staram się na straganach kupować taki na wagę, nie paczkowany, żaden „baby”, po prostu stertę liści, z których na patelni niewiele zostaje.
    Ciasto

  • 180 gram masła pokrojonego na kawałki
  • 2 łyżki oleju roślinnego
  • 6 łyżek wody
  • duża szczypta soli
  • 300g mąki (u nas orkiszowa, wiadomo)
  • Farsz

  • 350 g twarogu (biorę śmietankowy)
  • 200 ml śmietanki 18% lub 30%
  • 3 jajka
  • gałka muszkatołowa
  • sól, pieprz
  • 500 g świeżego szpinaku
  • 2 ząbki czosnku
  • masło klarowane
  • 1 cebula

Przygotowanie

Rozgrzać piekarnik do temperatury 210 stopni. W średniej wielkości misce żaroodpornej połączyć masło, olej, wodę i sól. Wstawić miskę do piekarnika na około 15 minut, aż masło będzie bulgotało i zacznie robić się brązowe na brzegach. Wyciągnąć miskę ostrożnie z pieca (masło może pryskać) i wymieszać szybko z mąką za pomocą łyżki, aż do uzyskania stałej konsystencji. Przenieść ciasto na blachę i rozprowadźić za pomocą łopatki lub łyżki. Gdy ciasto nieco przestygnie, dociśnąć je do boków blachy. Wstawić do piekarnika na około 15 minut. Wystudzić zanim nałoży się farsz.Przygotuj farsz: połącz twaróg, śmietankę i jajka, dopraw solą, pieprzem i gałką. Na patelni roztop masło klarowane, krótko podsmaż umyty wcześniej szpinak, dodaj czosnek, sól i pieprz. Odsącz na sicie. Wyłóż odsączony szpinak na przestudzonym cieście, przykryj warstwą twarogu. Cebulę pokrój na cienkie plasterki, rozłóż na cieście. Zapiekaj w temp. 170 – 180 stopni około 30-35 minut.
 

Być Mamą

Dzień Matki

Być Mamą

Dzień Matki

Maja i Łukasz już w szkole, Antek odstawiony do przedszkola. Zawsze od razu zabieram się do pracy, ale dzisiaj siadam na chwilę z kubkiem herbaty, by w ciszy i spokoju pomyśleć o tym jak to dobrze być mamą. Z jednej strony dorosły już Facet, dojrzały, o ustabilizowanych poglądach. Z drugiej Pięciolatek, który kocha mnie bezwarunkowo, nie widzi jeszcze żadnych moich wad (chwilo, trwaj!). Bardzo mądry, czasami mądrala, nasz rodzinny Filozof. A między Nimi jedna Babeczka, 100% Kobiety w Kobiecie, niesamowicie emocjonalna, dusza artystyczna, nigdy do końca nie wiadomo o czym myśli. Jestem mega szczęściarą, mam trójkę świetnych, zdrowych dzieci.
Jednocześnie myślę o trzech Mamach, które poznałam w poniedziałek (pisałam o tym na fb) na warsztatach kulinarnych, które dla Nich prowadziłam. Myślę o Nich i setkach innych Mam, które świętują dzisiaj Dzień Matki ze swoimi dziećmi na oddziałach onkologicznych. Mamach, które na co dzień, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, trwają przy nich. Jak wygląda Ich dzień? Co myślą, co czują?
„Zapomnij o godności.
Uwierz, że wraz ze wstąpieniem w szpitalne progi Twoja godność zostaje gdzieś „tam” – za drzwiami.
Patrzysz w oczy swojego małego skarba, przeszywają Cię nieznane dotąd emocje – złość, ból, bezbronność, niedowierzanie; również nadzieja i wiara w lepsze jutro; … zapewne jeszcze przez kilka dni pozostaniesz w szoku, w głowie uporczywie kłębić się będzie myśl o wielkiej pomyłce i będą wyskakiwać myśli, że za chwilę wylądujesz z powrotem w bezpiecznym domu (…)
Nie chcesz tracić swej godności.
Obserwujesz z ukrycia zachowania kompanów z sali chorych. W duchu podśmiewasz się, że podporządkowują się dziwnym przepisom i – na Twoje oko – absurdalnym zachowaniom.
Na sygnał Pani salowej – bez zająknięcia- opuszczają pomieszczenie, respektują zakaz otwierania okna, zakaz spacerowania po korytarzu, wchodzenia do kuchni (kuchenki oddziałowej), zakaz siadania na łóżku dziecka (o położeniu się obok w ogóle nie możesz pomyśleć); grobowa cisza podczas obchodu lekarskiego; czasem pojawiają się obowiązkowe kitle, maseczki na twarz i worki ochronne na buty.
Zagubiona – zagubiony szukasz swojego miejsca, ale tak naprawdę nie znajdziesz go tam nigdy… zawsze będziesz przebywać „na spalonym”, czyli w punkcie, gdzie akurat musi się dostać dyżurna pielęgniarka :-)
Nie wierzysz w to, ale większość „tubylców” zjada obiadek, a później szpitalną kolację. … Ty zachowujesz „godność” i albo kąsasz bułę przyniesioną z domu, albo głodujesz (w sumie w tym czasie i tak nie odczuwasz głodu).
Granicą, w której przekraczasz swoje wyobrażenie godności jest pierwsza nocka w szpitalu.
Wiem, że Ty nigdy byś się nie poddał(a) … ale nadchodząca noc z pewnością pełna jest niespodzianek.
Po pierwsze – nawet jeśli przewidziałeś(aś), że będzie potrzebny ręcznik, mydło, klapki, itd., to najczęściej nie możesz zrozumieć, że nie ma łazienki przeznaczonej dla dorosłych. W końcu ktoś Ci podpowiada, że w połowie szpitalnego korytarza, w magazynku z artykułami sanitarnymi, znajduje się stara wanna, w której można dokonać codziennych ablucji (rzeczywiście umycie się staje się rytualne). Ból jest jeszcze taki, że drzwi nie mają zamknięcia na klucz … i jesteś ósmy(a) w kolejce po Kasi, Basi, Romku, Zosi …
Czekając na swoją kolej do „myjni” nadal obserwujesz szpitalny savoir-vivre – przecierasz oczy ze zdumienia widząc jak rodzice sprawnie rozkładają swoje, wcześniej zbunkrowane, posłanie – karimata, śpiwór, poducha … nagle znika światło i znikają Oni.
Pusto?
Otwierasz szeroko oczy i dostrzegasz „Ich” leżących pod łóżkami swoich dzieci – niebywałe, ale tylko tam jest miejsce, aby nie przeszkadzać obsłudze szpitalnej w dostępie do chorych, urządzeń, kroplówek, badań …
Nierzadko, w tym momencie pojawia się pomysł przespania nocy na krześle, przy łóżku Twojego „dzielnego bohatera”.
… u „nowych” kryzys przychodzi około północy, inni wytrzymują do 3-ciej – 4-tej, mistrzowie zawisają na poręczy łóżka dopiero około 5-tej.
Sen nie trwa długo (o ile w ogóle), bo co kilkadziesiąt minut następują przymusowe pobudki w związku z podłączaniem leków, czujników, zmianą chemii; do uszu dochodzą jęki obolałych dzieci, płacz, słyszysz o omdleniach, wymiotach, siusiu i kupce.
Jeśli jakimś cudem jest cisza (a zdarza się niezwykle rzadko) to i tak już około 5:30 następuje pierwsze mierzenie temperatury u wszystkich chorych … budzący się szpital i szepty o zbliżającej się „oddziałowej” nieuchronnie stawiają wszystkich na równe nogi.
Kolejny dzień spędzasz na jawie, bo emocje i zmęczenie już Cię dopadły w swoje stalowe objęcia.
Zaczyna Ci być wszystko jedno. Przestawia Cię pielęgniarka – nie masz pretensji, przychodzi lekarz – stajesz „na baczność”, podają Ci jedzenie – to szpitalne – zjadasz; przez telefon mamroczesz do rodziny, aby szybko organizowali karimatę, jeśli nie mają to proponujesz szybką przejażdżkę do Decathlona …
Góra 3 dni i już jesteś SWÓJ – przyznajesz mi rację – Twoja godność pozostała za murami szpitala.
Przyzwyczajasz się do podkrążonych oczu, zmierzwionych włosów, braku makijażu, klapek i grubych skarpetek na nogach.
Wydaje mi się, że tyle słów wystarczy. (… dla wtajemniczonych: wystarczy nawet zamiast listu intencyjnego …)
Te pierwsze godziny spędzone na oddziale onkologii dziecięcej łamią obraz życia na zawsze – już nigdy nie wygląda ono tak samo jak dawniej.
Nawet, jeśli wkrótce leczenie kończy się pozytywnie, to w głębi serca pozostaje niemijający strach i przerażenie.
Można by tworzyć bez końca, opisując najcięższe chwile, które zbijają z nóg.
Szloch, wycie matek na szpitalnym oddziale …, informacja o złych wynikach badań, konieczność przeprowadzenia pilnej operacji, wznowy, przerzuty, transfuzje itd.
Równie ciekawy w kwestii godności byłby opis tzw. „podziemia szpitalnego” – chwytania się wielu, często każdej szansy na wyzdrowienie – począwszy od wróżek, znachorów, czarodziejów, przez energoterapeutów, dietetyków, specjalistów od teorii spiskowych, po wiarę w cudowne medykamenty, boskie talizmany, modlitwy duchownych – nierzadko związanych z zupełnie inną od wyznawanej wiarą … a także bezkrytyczne wyobrażenie, że leczenie za granicą jest skuteczniejsze.
Nieźle byłoby wspomnieć o perfekcyjnym odgrywaniu godności – tej godności pokazywanej przed dziećmi – uśmiechu, dodawaniu otuchy, mówieniu, że wszystko jest i będzie dobrze.
Także przed znajomymi, rodziną, sąsiadami, a nawet lekarzami.
Ręczę, że to są tylko pozory, bo wystarczy jedna chwila, jedno mgnienie najcudowniejszych oczu Twojego dziecka, aby schować się przed światem i wylać potoki łez.
Po prostu walka o życie toczy się na całego – bez mrugnięcia oka zrobisz to, o czym nie pomyślałbyś nawet w najokropniejszym śnie.
Walczysz bez wytchnienia, Twoje życie, zdrowie i to co o Tobie ktoś pomyśli przestaje się liczyć … i nie potrzebna Ci godność – możesz miesiącami spać na gołej podłodze, jeść suchy chleb, byle tylko być przy dziecku i doczekać się jego powrotu do zdrowia.” *
* Tekst o godności napisała jedna z Mam, która wyraziła zgodę na jego publikację. Powstał on w ramach II Dni Mamy Onkologicznej organizowanych przez Drużynę Szpiku. Myślą przewodnią tegorocznej edycji jest właśnie „Godność i walka”. Mamy ogromną nadzieję, że uda się w końcu coś zmienić!