Po wakacjach w Lombardii wiem, czego kulinarnie zazdroszczę Włochom. Po pierwsze pysznego, świeżego parmigiano, który w wielkich kawałkach (beż żadnej folii) leży na ladzie w jedynym sklepie w maleńkim miasteczku w górach. Po drugie, szynki prosciutto crudo, z której sprzedawca odkrawa cieniusieńkie jak pergamin plastry. Ja, która prawie nie jem mięsa i w ogóle nie jadam wędlin, zajadałam się prosciutto codziennie!!! Po trzecie pizzy. Tam nawet mniej udana pizza dorównuje naszej bardzo dobrej. Na szczęście miejsc w Polsce, gdzie można zjeść wyśmienitą pizzę jest coraz więcej. I tyle! Objedzona pizzą i makaronem, wracałam stęskniona polskich warzyw i owoców. W naszym włoskim sklepiku były tylko brzoskwinie i morele, więc od kilku dni objadamy się truskawkami, czereśniami, malinami i borówkami. Juro pędzę do mojego warzywniaka po świeże warzywa a do rzeźnika po mięso, bo obiecałam moim mięsożercom schabowe. Cudze chwalicie, swego nie znacie…











