Przepisy w kategorii:

I takie tam

Tylko warzywa czyli mój wiosenny detoks

Chcę się dzisiaj podzielić moimi doświadczeniami z detoksem czyli odkwaszeniem organizmu, który funduję sobie na wiosnę od 3 czy 4 lat (czasami także jesienią). Pomimo tego, że bardzo dbam o to co jem, unikam przetworzonej żywności, prawie nie jem mięsa, prawie nie piję alkoholu (serio, bardzo mi szkodzi ☹), czasami czuję, że coś jest nie tak z moim układem pokarmowym. Tak było właśnie te 3 czy 4 lata temu, kiedy tak bolał mnie żołądek, że musiałam brać leki. Wiedziałam oczywiście, że nie tędy droga i trafiłam do Orkiszowych Pól w Poznaniu, gdzie z innymi dziewczynami poddałam się detoksowi. Miałyśmy kilka spotkań, gdzie mówiono nam co mamy robić, co jeść i czego nie jeść. Do tego było sporo teorii, którą tutaj pominę. Skupię się tylko na praktycznym aspekcie sprawy i opowiem jak ja to robię. Oczyszczanie z Orkiszowymi dało mi na tyle silne podstawy, że robię to od tamtej pory samodzielnie.
Najpierw, żeby przygotować się do detoksu, przez tydzień, stopniowo, odstawiam następujące produkty: mięso, nabiał, słodycze, potrawy mączne, alkohol, kawę i czarną herbatę. Jem warzywa, kasze i warzywa strączkowe takie jak soczewica i ciecierzyca. Piję ciepłą wodę z cytryną, herbaty ziołowe i owocowe.
Właściwy detoks to u mnie warzywa i bardzo niewiele owoców. Dozwolona jest kasza jaglana i gryczana (do godz. 14), ale ja ich nie jem.
Co i jak zatem jem? Przede wszystkim warzywa przetworzone na ciepło, najwięcej warzyw gotowanych na parze (ziemniaki, marchew, pietruszka, buraki, dynia, brukselka, brokuł) oraz pod postacią zup, trochę świeżych warzyw takich jak rukola, roszponka czy radicchio, a także kiszoną kapustę i kiszone ogórki. Od czasu do czasu podduszam sobie delikatnie cukinię z cebulą i czosnkiem i odrobiną pulpy pomidorowej. Z owoców jabłka i gruszki, chociaż nie mam na nie specjalnie ochoty. Gotuję z nich kompot z kilkoma goździkami i daktylami. Dzisiaj zaszalałam z pestkami granatu. Jeszcze bardzo lubię awokado i suszone pomidory. I co jeszcze? Trochę soli, dużo zielonej pietruszki i kiełków (mam własną kiełkownicę), oliwa, masło (jest ok), masło klarowane i oleje tłoczone na zimno do polewania warzyw i sosów do sałatek (słonecznikowy, rzepakowy, z orzechów włoskich i laskowych, z wiesiołka, z czarnuszki – ma bardzo szczególny smak, ja go uwielbiam), sezam, słonecznik i pestki dyni. Rano piję ciepłą wodę z wciśniętą cytryną i czasami jeszcze w ciągu dnia. Piję najróżniejsze herbaty ziołowe i owocowe, biorę probiotyki. Staram się jeść regularnie, co 3-4 godziny, ale nie zawsze mi to wychodzi. Zamierzam wytrwać w tym tydzień, ale może uda mi się dłużej. Bardzo ważne jest wychodzenie z detoksu i powolne wprowadzanie wcześniej wyeliminowanych produktów. Ja zaczynam od tych najdelikatniejszych: kasze, jajka i strączki w niewielkich ilościach, żeby organizm się przyzwyczaił. Dopiero później wracam do mojego ukochanego chleba żytniego na zakwasie, bardzo uważam ze słodkim. Pszenicę, mięso i nabiał jadam w ilościach śladowych, więc tego mi nie brakuje.
Czy czegoś zatem mi brakuje? Czy jestem głodna? Jak to w ogóle znoszę? Otóż… mam dosyć silną wolę i jeśli sobie coś postanowię, to nie jest to większym problemem. Wszystko jest w głowie. Już kilka tygodni wcześniej wyznaczam sobie dzień kiedy zacznę i tego się trzymam. Głodna nie jestem, bo jem sporo. Tylko czasami rano budzę się z niewielkim uczuciem głodu, co jest dla mnie bardzo przyjemne, bo ja go bardzo rzadko odczuwam. Zdarza mi się, że sięgnę po daktyla czy suszoną morelę, gdy mam ochotę na słodki smak. Gdy Tomek parzy sobie kawę, to jest najtrudniej. Unoszący się zapach kusi mnie najbardziej. Zaparzam sobie wtedy kawę zbożową i jest ok. Uffff… To tyle. Jeśli się ktoś zdecyduje, trzymam kciuki!
Aha, i jeszcze parę słów o tym jak można czuć się w czasie detoksu i po nim. Zatem w czasie trwania bywa różnie i niekoniecznie świetnie. Bywało, że bolała mnie głowa i było mi mdło. Tym razem te objawy mnie ominęły, ale jest mi ciągle zimno. Nie jest to przyjemne, ale znaczy, że organizm wyrzuca toksyny. Można też spodziewać się różnych wyprysków na twarzy (typowy objaw uwalniania toksyn), to na szczęście mnie ani razu nie spotkało. Ale to uczucie po detoksie… warte wszystkich wyrzeczeń. Wszystkie dolegliwości układu pokarmowego mijają, czuję się lekko, mam więcej energii i optymizmu, otępienie zimowe, jak to nazywam, mija. I zaczynam wiosnę nowa ja!

Jak doczyścić BARDZO przypalony garnek?

Czas przygotowania: hmmm

Jak doczyścić BARDZO przypalony garnek?

Czas przygotowania: hmmm

Nie ukrywam, że przypalanie garnków zdarza mi się od czasu do czasu, szczególnie w okresie robienia zapraw na zimę. Kilka dni temu robiłam konfiturę z aronii i, jak to ja, jeszcze kilka innych rzeczy w tym samym czasie i… przypaliło się, bardzo mocno. Ponieważ miałam już sprawdzony sposób od Elizy, który zawsze zapisywałam na gubiących się kartkach, ponownie wysłałam do niej smsa: jak się czyściło przypalony garnek??? I obiecałam jej, że to już ostatni raz, że wpiszę na bloga i jak znowu przypalę, to będę miała pod ręką. Zatem, głównie dla mnie, ale może ktoś skorzysta, sposób na przypalony garnek. Dzięki Eliza!
  • soda oczyszczona
  • ocet spirytusowy

Przygotowanie

Przypalony garnek zasypać sporą ilością sody, wlać na to ocet (ja zużywam z reguły prawie całą butelkę). Postawić na gazie i podgrzewać na małym płomieniu, nie dopuszczając do zagotowania. Zostawić na kilka godzin, np. na noc i zabrać się do szorowania (najlepszy jest druciak). Uwierzcie mi, schodzi! Uratowałam garnki, które chciałam wyrzucić, bo nie wierzyłam, że można doczyścić. A się udało.
 

Być Mamą

Dzień Matki

Być Mamą

Dzień Matki

Maja i Łukasz już w szkole, Antek odstawiony do przedszkola. Zawsze od razu zabieram się do pracy, ale dzisiaj siadam na chwilę z kubkiem herbaty, by w ciszy i spokoju pomyśleć o tym jak to dobrze być mamą. Z jednej strony dorosły już Facet, dojrzały, o ustabilizowanych poglądach. Z drugiej Pięciolatek, który kocha mnie bezwarunkowo, nie widzi jeszcze żadnych moich wad (chwilo, trwaj!). Bardzo mądry, czasami mądrala, nasz rodzinny Filozof. A między Nimi jedna Babeczka, 100% Kobiety w Kobiecie, niesamowicie emocjonalna, dusza artystyczna, nigdy do końca nie wiadomo o czym myśli. Jestem mega szczęściarą, mam trójkę świetnych, zdrowych dzieci.
Jednocześnie myślę o trzech Mamach, które poznałam w poniedziałek (pisałam o tym na fb) na warsztatach kulinarnych, które dla Nich prowadziłam. Myślę o Nich i setkach innych Mam, które świętują dzisiaj Dzień Matki ze swoimi dziećmi na oddziałach onkologicznych. Mamach, które na co dzień, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, trwają przy nich. Jak wygląda Ich dzień? Co myślą, co czują?
„Zapomnij o godności.
Uwierz, że wraz ze wstąpieniem w szpitalne progi Twoja godność zostaje gdzieś „tam” – za drzwiami.
Patrzysz w oczy swojego małego skarba, przeszywają Cię nieznane dotąd emocje – złość, ból, bezbronność, niedowierzanie; również nadzieja i wiara w lepsze jutro; … zapewne jeszcze przez kilka dni pozostaniesz w szoku, w głowie uporczywie kłębić się będzie myśl o wielkiej pomyłce i będą wyskakiwać myśli, że za chwilę wylądujesz z powrotem w bezpiecznym domu (…)
Nie chcesz tracić swej godności.
Obserwujesz z ukrycia zachowania kompanów z sali chorych. W duchu podśmiewasz się, że podporządkowują się dziwnym przepisom i – na Twoje oko – absurdalnym zachowaniom.
Na sygnał Pani salowej – bez zająknięcia- opuszczają pomieszczenie, respektują zakaz otwierania okna, zakaz spacerowania po korytarzu, wchodzenia do kuchni (kuchenki oddziałowej), zakaz siadania na łóżku dziecka (o położeniu się obok w ogóle nie możesz pomyśleć); grobowa cisza podczas obchodu lekarskiego; czasem pojawiają się obowiązkowe kitle, maseczki na twarz i worki ochronne na buty.
Zagubiona – zagubiony szukasz swojego miejsca, ale tak naprawdę nie znajdziesz go tam nigdy… zawsze będziesz przebywać „na spalonym”, czyli w punkcie, gdzie akurat musi się dostać dyżurna pielęgniarka :-)
Nie wierzysz w to, ale większość „tubylców” zjada obiadek, a później szpitalną kolację. … Ty zachowujesz „godność” i albo kąsasz bułę przyniesioną z domu, albo głodujesz (w sumie w tym czasie i tak nie odczuwasz głodu).
Granicą, w której przekraczasz swoje wyobrażenie godności jest pierwsza nocka w szpitalu.
Wiem, że Ty nigdy byś się nie poddał(a) … ale nadchodząca noc z pewnością pełna jest niespodzianek.
Po pierwsze – nawet jeśli przewidziałeś(aś), że będzie potrzebny ręcznik, mydło, klapki, itd., to najczęściej nie możesz zrozumieć, że nie ma łazienki przeznaczonej dla dorosłych. W końcu ktoś Ci podpowiada, że w połowie szpitalnego korytarza, w magazynku z artykułami sanitarnymi, znajduje się stara wanna, w której można dokonać codziennych ablucji (rzeczywiście umycie się staje się rytualne). Ból jest jeszcze taki, że drzwi nie mają zamknięcia na klucz … i jesteś ósmy(a) w kolejce po Kasi, Basi, Romku, Zosi …
Czekając na swoją kolej do „myjni” nadal obserwujesz szpitalny savoir-vivre – przecierasz oczy ze zdumienia widząc jak rodzice sprawnie rozkładają swoje, wcześniej zbunkrowane, posłanie – karimata, śpiwór, poducha … nagle znika światło i znikają Oni.
Pusto?
Otwierasz szeroko oczy i dostrzegasz „Ich” leżących pod łóżkami swoich dzieci – niebywałe, ale tylko tam jest miejsce, aby nie przeszkadzać obsłudze szpitalnej w dostępie do chorych, urządzeń, kroplówek, badań …
Nierzadko, w tym momencie pojawia się pomysł przespania nocy na krześle, przy łóżku Twojego „dzielnego bohatera”.
… u „nowych” kryzys przychodzi około północy, inni wytrzymują do 3-ciej – 4-tej, mistrzowie zawisają na poręczy łóżka dopiero około 5-tej.
Sen nie trwa długo (o ile w ogóle), bo co kilkadziesiąt minut następują przymusowe pobudki w związku z podłączaniem leków, czujników, zmianą chemii; do uszu dochodzą jęki obolałych dzieci, płacz, słyszysz o omdleniach, wymiotach, siusiu i kupce.
Jeśli jakimś cudem jest cisza (a zdarza się niezwykle rzadko) to i tak już około 5:30 następuje pierwsze mierzenie temperatury u wszystkich chorych … budzący się szpital i szepty o zbliżającej się „oddziałowej” nieuchronnie stawiają wszystkich na równe nogi.
Kolejny dzień spędzasz na jawie, bo emocje i zmęczenie już Cię dopadły w swoje stalowe objęcia.
Zaczyna Ci być wszystko jedno. Przestawia Cię pielęgniarka – nie masz pretensji, przychodzi lekarz – stajesz „na baczność”, podają Ci jedzenie – to szpitalne – zjadasz; przez telefon mamroczesz do rodziny, aby szybko organizowali karimatę, jeśli nie mają to proponujesz szybką przejażdżkę do Decathlona …
Góra 3 dni i już jesteś SWÓJ – przyznajesz mi rację – Twoja godność pozostała za murami szpitala.
Przyzwyczajasz się do podkrążonych oczu, zmierzwionych włosów, braku makijażu, klapek i grubych skarpetek na nogach.
Wydaje mi się, że tyle słów wystarczy. (… dla wtajemniczonych: wystarczy nawet zamiast listu intencyjnego …)
Te pierwsze godziny spędzone na oddziale onkologii dziecięcej łamią obraz życia na zawsze – już nigdy nie wygląda ono tak samo jak dawniej.
Nawet, jeśli wkrótce leczenie kończy się pozytywnie, to w głębi serca pozostaje niemijający strach i przerażenie.
Można by tworzyć bez końca, opisując najcięższe chwile, które zbijają z nóg.
Szloch, wycie matek na szpitalnym oddziale …, informacja o złych wynikach badań, konieczność przeprowadzenia pilnej operacji, wznowy, przerzuty, transfuzje itd.
Równie ciekawy w kwestii godności byłby opis tzw. „podziemia szpitalnego” – chwytania się wielu, często każdej szansy na wyzdrowienie – począwszy od wróżek, znachorów, czarodziejów, przez energoterapeutów, dietetyków, specjalistów od teorii spiskowych, po wiarę w cudowne medykamenty, boskie talizmany, modlitwy duchownych – nierzadko związanych z zupełnie inną od wyznawanej wiarą … a także bezkrytyczne wyobrażenie, że leczenie za granicą jest skuteczniejsze.
Nieźle byłoby wspomnieć o perfekcyjnym odgrywaniu godności – tej godności pokazywanej przed dziećmi – uśmiechu, dodawaniu otuchy, mówieniu, że wszystko jest i będzie dobrze.
Także przed znajomymi, rodziną, sąsiadami, a nawet lekarzami.
Ręczę, że to są tylko pozory, bo wystarczy jedna chwila, jedno mgnienie najcudowniejszych oczu Twojego dziecka, aby schować się przed światem i wylać potoki łez.
Po prostu walka o życie toczy się na całego – bez mrugnięcia oka zrobisz to, o czym nie pomyślałbyś nawet w najokropniejszym śnie.
Walczysz bez wytchnienia, Twoje życie, zdrowie i to co o Tobie ktoś pomyśli przestaje się liczyć … i nie potrzebna Ci godność – możesz miesiącami spać na gołej podłodze, jeść suchy chleb, byle tylko być przy dziecku i doczekać się jego powrotu do zdrowia.” *
* Tekst o godności napisała jedna z Mam, która wyraziła zgodę na jego publikację. Powstał on w ramach II Dni Mamy Onkologicznej organizowanych przez Drużynę Szpiku. Myślą przewodnią tegorocznej edycji jest właśnie „Godność i walka”. Mamy ogromną nadzieję, że uda się w końcu coś zmienić!

JustChopped czyli o tym, jak uprościć gotowanie

Z www.justchopped.pl połączyło nas umiłowanie dobrego jedzenia i dobór najwyższej jakości składników do przyrządzanych potraw. W czasie spotkania rozmawialiśmy, co oczywiste, o jedzeniu i wspólnych planach na przyszłość. A dzisiaj otrzymałam wyczekiwane kartony z trzema potrawami: wegetariański ramen z miso, tortille z pieczonym łososiem, awokado i cytrynowym winegretem oraz satay z kurczaka z dipem arachidowym. Dla każdego coś miłego. W każdym kartonie przepis i starannie zapakowane składniki w odmierzonych ilościach na dwie osoby. Tyle ile trzeba; ani trochę mniej, ani więcej. Niczego nie trzeba wyrzucać, nic się nie marnuje. Z Mają i Łukaszem zabraliśmy się do pracy, której było niewiele. Trochę siekania, tarcia, podgotowanie, obsmażenie. Dobrze się wspólnie przy tym bawiliśmy. I po kilkunastu minutach siedzieliśmy przy talerzach pełnych japońskiej zupy ramen. Było jej dużo więcej niż dla dwóch osób. Zupełnie nowe smaki, wcześniej nam nie znane. Jutro kolejne potrawy.

Historia pewnej butelki wina

Historia pewnej butelki wina

Historia pewnej butelki wina

Kiedy na świecie pojawił się Łukasz, pojawili się także goście, którzy chcieli zobaczyć pierworodnego Kopków. Przynosili pluszaki, grzechotki, śpioszki, czapeczki, pampersy… Wszystko to, czym zazwyczaj obdarowuje się niemowlę. Dostaliśmy także zapakowaną w karton butelkę wina z przykazaniem, że mamy ją wypić z naszym synem w dniu jego 18 urodzin.
Pamiętam, że pomyśleliśmy wtedy z Tomkiem o tym samym. 18 lat??? Nasz malutki Synek??? Toż to wieczność!!!
Strzegliśmy butelki jak oka w głowie, pilnowaliśmy przy kolejnych przeprowadzkach, choć nie ukrywam, że kilka razy kusiło nas, żeby otworzyć ją wcześniej i wypić, tylko we dwoje. Udało się nam jednak oprzeć pokusie i butelka czekała na ten dzień w kolejnych szafkach, spiżarniach i piwnicach…
Butelka czekała, wino nabierało szlachetności, a Łukasz rósł, zmieniał się, dojrzewał.
Po raz pierwszy się do nas uśmiechnął,
po raz pierwszy powiedział „mama”,
zrobił swój pierwszy w życiu krok,
spędził z nami swoją pierwszą Wielkanoc i pierwsze Boże Narodzenie,
po raz pierwszy złapał katar, a my wezwaliśmy pogotowie, „bo tak dziwnie oddychał”,
po raz pierwszy powiedział „kocham cię, mamo”,
dzielnie ruszył do przedszkola, jako jedyny nie płakał pierwszego dnia (w przeciwieństwie do mnie),
po raz pierwszy tańczył na balu, przebrany w strój kowboja,
po raz pierwszy został „na spaniu” u swojej przyjaciółki z przedszkola,
zgubił swój pierwszy ząb,
po raz pierwszy pojechał na dwukołowym rowerze,
pewnego pierwszego września ruszył do szkoły,
wyjechał na całe dziesięć dni na swój pierwszy obóz,
zdobył swój pierwszy w życiu medal,
poniósł pierwszą sportową porażkę,
przeżył pierwszą wizytę na ostrym dyżurze (bez złamania!)
i kolejną, gdzie założono mu pierwszy w życiu gips,
po raz pierwszy założył garnitur…
Wczoraj przyniosłam butelkę z piwnicy, otworzyłam pokryty kurzem karton, Tomek odkorkował wino i wypiliśmy we troje po lampce z naszym dorosłym Synem.
 

Look&Cook i Zielona Góra

Od pewnego czasu jeżdżę do Zielonej Góry do Studia Kulinarnego Look&Cook. Uwielbiam tu przyjeżdżać! Już sama droga mnie cieszy. Najpierw obowiązkowo pyszne espresso na stacji benzynowej na początku trasy, potem prosta droga autostradą, moja ukochana radiowa Trójka, poza tym cisza i spokój, a po około 1,5 godziny jestem w Look@Cook. Fantastyczni Ludzie, cudne miejsce. Jestem szczęściarą!
Dzisiaj, po skończonych warsztatach, po raz pierwszy udało mi się zobaczyć Zieloną Górę. Chodziłam po Rynku i jego okolicznych uliczkach, podziwiając pięknie odrestaurowane kolorowe kamienice. Kupiłam wino z lubuskiej winnicy. Wypiłam przepyszną czekoladę na gorąco z likierem wiśniowym, która bardzo mnie rozgrzała po mroźnym spacerze. Czuję się jak na mini wakacjach. Załączam kilka zdjęć, robionych o zmierzchu, więc nie oddają w pełni uroku tego miejsca.

Święta bez paniki

Mini poradnik na szybkie i proste dania

Święta bez paniki

Mini poradnik na szybkie i proste dania

Chciałam w tym roku zarzucić mojego bloga pysznymi, prostymi i szybkimi daniami na nadchodzący świąteczny czas. Niestety, grudzień tak mnie pochłonął, że mi się to nie udało. A pytań o takie dania miałam sporo. Zatem, wychodząc naprzeciw wszystkim tym, którzy jeszcze nie wiedzą co przygotować na Święta, postaram się podpowiedzieć. Proponuję dania na dni świąteczne raczej niż na wigilię, wiele z nich można zrobić wcześniej i tylko odgrzać przed podaniem. Dania przetestowane na rodzinie, znajomych oraz na setkach uczestników świątecznych warsztatów, więc mogę je polecić z czystym sumieniem.
Jako zupę proponuję krem z buraków i malin. Ma piękny kolor, choć trzeba się nieco napracować, żeby ją przyprawić. Potrzebuje sporo soli, pieprzu i majeranku. Jeśli buraki były mało słodkie, to także nieco słodu. W przepisie do podania polecana jest ricotta, ale ja wolę ją z serem kozim lub fetą.
Na przystawkę polecam śledzie z orzechami i suszonymi śliwkami, modrą kapustę inaczej oraz konfiturę z czerwonej cebuli z porto podaną na grzankach.
Moi faworyci wśród dań głównych to kurczak pod migdałami, który od lat zachwyca wszystkich (można kurczaka zastąpić indykiem), polędwiczki w sosie miodowo-musztardowym oraz zapiekanka z ziemniaków, jabłek, sera pleśniowego i orzechów. Ta ostatnia może świetnie zastąpić tradycyjne ziemniaki „z wody”.
I to, bez czego trudno wyobrazić sobie Święta. Pierniczki. Polecam Wam te nr 2, koniecznie z odrobiną dobrej kawy naturalnej – espresso będzie idealne. Upiekłam już ich w tym sezonie wiele tysięcy i robię je na pamięć. Dobra mąka razowa (u mnie orkiszowa), dobrej jakości miód (używam dwóch: lipowego i spadziowego), cukier trzcinowy i dobra przyprawa do pierników. Tutaj uwaga: w jednej z przypraw znanej marki na pierwszym miejscu jest cukier, przypraw jest niewiele. Nie polecam! Oprócz pierników polecam makowe ciasteczka. Z ciast proponuję korzenne ciasto czekoladowe (jeśli użyjecie czekolady bezglutenowej, będzie bez glutenu, bo nie ma w nim mąki, tylko mielone migdały), sernik z malinami (lub jagodami) oraz ciasto z białą czekoladą, którego nie trzeba piec. Podane z owocami granatu wygląda bardzo świątecznie.
Dobrych Świąt!

Przygotowanie

 

Matka kwoka na wakacjach

Kraina 100 jezior

Pamiętam taki odcinek Reksia, w którym występowała kwoka ze swoimi pisklętami. Jak to kwoka, siadała na nich, aby je ogrzać i obronić przed światem, a one co chwilę się wymykały. Ona je skrzydłami przyciągała, pakowała pod siebie, a one znowu… Dopiero gdy wszystkie pisklaki bezpiecznie siedziały pod mamą i nie podejmowały kolejnych prób ucieczki, kwoka z wyrazem zadowolenia na dziobie, odprężała się. Mam w sobie wiele z matki kwoki, na szczęście ta kwokowatość z upływem lat słabnie. Na szczęście moje, ale przede wszystkim moich dzieci. Lubię od czasu do czasu uciec, na dwa-trzy dni z Tomkiem, ale raz w roku zupełnie sama. Na ostatni weekend uciekłam z Siostrą, zostawiłyśmy mężów i dzieci. Zaledwie godzinę drogi od domu, odkryłyśmy miejsce, które nas urzekło. Z daleka od miejskiego zgiełku, w krainie 100 jezior, wśród lasów bukowych jeździłyśmy na rowerach, czytałyśmy, leżałyśmy na słońcu, piłyśmy nalewkę z pigwowca i robioną na miejscu grappę, gadałyśmy, spałyśmy i świetnie się bawiłyśmy. Baterie naładowane.