Pamiętam taki odcinek Reksia, w którym występowała kwoka ze swoimi pisklętami. Jak to kwoka, siadała na nich, aby je ogrzać i obronić przed światem, a one co chwilę się wymykały. Ona je skrzydłami przyciągała, pakowała pod siebie, a one znowu… Dopiero gdy wszystkie pisklaki bezpiecznie siedziały pod mamą i nie podejmowały kolejnych prób ucieczki, kwoka z wyrazem zadowolenia na dziobie, odprężała się. Mam w sobie wiele z matki kwoki, na szczęście ta kwokowatość z upływem lat słabnie. Na szczęście moje, ale przede wszystkim moich dzieci. Lubię od czasu do czasu uciec, na dwa-trzy dni z Tomkiem, ale raz w roku zupełnie sama. Na ostatni weekend uciekłam z Siostrą, zostawiłyśmy mężów i dzieci. Zaledwie godzinę drogi od domu, odkryłyśmy miejsce, które nas urzekło. Z daleka od miejskiego zgiełku, w krainie 100 jezior, wśród lasów bukowych jeździłyśmy na rowerach, czytałyśmy, leżałyśmy na słońcu, piłyśmy nalewkę z pigwowca i robioną na miejscu grappę, gadałyśmy, spałyśmy i świetnie się bawiłyśmy. Baterie naładowane.











Olu, doskonale to rozumiem. Dwa tygodnie temu wsiadłam w pociąg i pojechałam do ukochanej kuzynki do Zielone Góry. Byłam tak szczęśliwa w tym pociągu, kocham te leniwie rozciągające się widok, niespieszność. Dwa dni bez śniadań dla dzieci, bez odwiecznego pytania w roku szkolnym: dużo masz zadane na weeknd. Niech tym martwią się inni, ja mam L4, na obowiązki domowe. Oczywiście nie muszę mówić było bosko! Prosecco z aperolem, krewetki tygrysie na białym winie i na drugi dzień…wiadomo, spanie do 11. Ja już to wiem, choć przyznaję czasami zapominam, że tylko szczęśliwa Pani Domu powoduje, że jedzenie jest smaczne, dzieci spokojniejsze, a mąż jakby mniej nerwowy. Pozdrawiam, spotkałyśmy się już Republice na warsztatach.
Tylko dwa dni i aż dwa dni! Pozdrawiam i zapraszam do Republiki Słonecznej.