Pamiętam taki odcinek Reksia, w którym występowała kwoka ze swoimi pisklętami. Jak to kwoka, siadała na nich, aby je ogrzać i obronić przed światem, a one co chwilę się wymykały. Ona je skrzydłami przyciągała, pakowała pod siebie, a one znowu… Dopiero gdy wszystkie pisklaki bezpiecznie siedziały pod mamą i nie podejmowały kolejnych prób ucieczki, kwoka z wyrazem zadowolenia na dziobie, odprężała się. Mam w sobie wiele z matki kwoki, na szczęście ta kwokowatość z upływem lat słabnie. Na szczęście moje, ale przede wszystkim moich dzieci. Lubię od czasu do czasu uciec, na dwa-trzy dni z Tomkiem, ale raz w roku zupełnie sama. Na ostatni weekend uciekłam z Siostrą, zostawiłyśmy mężów i dzieci. Zaledwie godzinę drogi od domu, odkryłyśmy miejsce, które nas urzekło. Z daleka od miejskiego zgiełku, w krainie 100 jezior, wśród lasów bukowych jeździłyśmy na rowerach, czytałyśmy, leżałyśmy na słońcu, piłyśmy nalewkę z pigwowca i robioną na miejscu grappę, gadałyśmy, spałyśmy i świetnie się bawiłyśmy. Baterie naładowane.
Przepisy w kategorii:
I takie tam
Weekend na Podlasiu. Białystok
Nowy Rok nad Bałtykiem
Góry uwielbiamy od zawsze, ale tym razem wybraliśmy się nad morze. Puste plaże, błękit nieba i słońce… Bałtyk zimą nas zachwycił.
Historia jednego obiadu
Gotowanie z Antkiem
Na początku września Antek poszedł do przedszkola i już po dwóch dniach był chory. Dwa tygodnie w domu, kilka znowu w przedszkolu, znowu dom i tak na zmianę. Okresy przedszkolne są znacznie krótsze od tych domowych. Wiem, że KIEDYŚ będzie lepiej, ale TERAZ siedzimy ciągle w domu. Bawimy się lego (nie lubię), autami (nie lubię), rysujemy i malujemy (lubię), czytamy książki (bardzo lubię) i spędzamy czas w kuchni (uwielbiam). Piekliśmy już ciasteczka, ciasto bananowe, a dzisiaj, po raz drugi, robiliśmy pierogi. Dla Antka z mięsem (indyk z rosołu potraktowany jedynie blenderem), dla nas ze śliwkami. Byłam w szoku, że kawałek ciasta zajął Antka na ponad godzinę. Zdążyłam zrobić 24 pierogi nadziewane mięsem i 29 ze śliwką, posprzątać, a on lepił z ciasta kiełbasę, chleb, placek, torebkę…Było świetnie, ale cieszy mnie, że jutro idzie do przedszkola :-)
Wakacje
Po wakacjach w Lombardii wiem, czego kulinarnie zazdroszczę Włochom. Po pierwsze pysznego, świeżego parmigiano, który w wielkich kawałkach (beż żadnej folii) leży na ladzie w jedynym sklepie w maleńkim miasteczku w górach. Po drugie, szynki prosciutto crudo, z której sprzedawca odkrawa cieniusieńkie jak pergamin plastry. Ja, która prawie nie jem mięsa i w ogóle nie jadam wędlin, zajadałam się prosciutto codziennie!!! Po trzecie pizzy. Tam nawet mniej udana pizza dorównuje naszej bardzo dobrej. Na szczęście miejsc w Polsce, gdzie można zjeść wyśmienitą pizzę jest coraz więcej. I tyle! Objedzona pizzą i makaronem, wracałam stęskniona polskich warzyw i owoców. W naszym włoskim sklepiku były tylko brzoskwinie i morele, więc od kilku dni objadamy się truskawkami, czereśniami, malinami i borówkami. Juro pędzę do mojego warzywniaka po świeże warzywa a do rzeźnika po mięso, bo obiecałam moim mięsożercom schabowe. Cudze chwalicie, swego nie znacie…
„Wyjechali na wakacje…”
Dzień 8
Po porannej burzy ochłodziło się nieco, dzięki czemu wróciła mi ochota na gotowanie. Nie miałam, prawdę mówiąc, innego wyjścia, bo wszystkie zapasy lodówkowe się skończyły. Jak w każdy poniedziałek, odebrałam chleb żytni na zakwasie, który był podstawą śniadania. Do tego pyszny biały ser i brązowe pomidory (prezent :-)), które są niesamowicie słodkie. Obiad, który latem po prostu uwielbiam – ryż basmati ze świeżymi owocami (Tomek z truskawkami, ja z malinami), śmietaną i syropem klonowym. Na kolację zrobiłam sobie maślaną kalarepę, którą wymyśliłam parę tygodni temu. Jest banalnie prosta, ale tak pyszna, że wrzucę przepis.
Za chwilę zabieram się za ulubione dania moich karateków, bo jutro w końcu wracają!!!
Za chwilę zabieram się za ulubione dania moich karateków, bo jutro w końcu wracają!!!
„Wyjechali na wakacje…”
Dzień 7
Dzisiaj było chyba 36 st., zdecydowanie za gorąco, żeby siedzieć w kuchni. Jedyne co zrobiłam, to rano śniadanie, bo byliśmy z Tomkiem strasznie głodni po powrocie z 20-kilometrowej przejażdżki rowerowej, na którą udało nam się wybrać. Smażone placuszki owsiane i naleśniki bardzo się sprawdziły. A na obiad pyszna pizza w Poznaniu. I tyle na dziś!
„Wyjechali na wakacje…”
Dzień 6
Sobotę rozpoczęliśmy od śniadania we troje, na mocno rozgrzanym tarasie. Dzisiaj żadnej kaszy jaglanej, tylko jajka sadzone, bruschetty i tosty z miodem. Większość dnia spędziliśmy w lub przy basenie, ja tylko donosiłam lemoniadę i kompot, bo upał był niesamowity. W ciągu dnia zrobiłam smażony bób z chili, czosnkiem i kaszą kuskus, Antek dojadł resztę swojej zupy. Wieczorem zjedliśmy lody z jabłecznikiem, który przywiozła babcia Bożenka. I to by było na tyle, jeśli chodzi o Antka i o mnie, ale Tomkowi zamarzyła się grillowana karkówka. To co najgorsze, czyli pokrojenie, rozbicie i usmażenie zrobił on, ja ją tylko macerowałam.
„Wyjechali na wakacje…”
Dzień 5
Dzisiaj nie chciało mi się gotować. Rano zrobiłam tylko czekoladową jaglankę dla Antka, sama zjadłam tosta z pomidorem. Do tego kompot z malin, czereśni i czarnych porzeczek. A na obiad to, co jeszcze uchowało się w lodówce.
„Wyjechali na wakacje…”
Dzień 4
Dzisiaj także zjedliśmy z Antonim śniadanie na pełnym słońca tarasie. Tym razem kasza jaglana objawiła się pod postacią placuszków. Zjadłam je z malinami, Antek oczywiście bez. W ciągu dnia ugotowałam tylko zupę warzywną (ziemniaki, marchew i kalarepa) na skrzydle indyka dla Antka. Kawałki mięsa w zupie sprawiają, że mój syn zje każde zanurzone w niej warzywo. Jest to jeden z nielicznych sposobów na ich przemycenie. Ja zjadłam resztę wczorajszej sałatki z kaszą kuskus, która dzisiaj była dużo lepsza, bo wszystkie smaki się przegryzły. A kolację zjedliśmy poza domem. Pyszną.