Tarta ze szpinakiem i twarogiem

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas pieczenia: ok. 1 h

Tarta ze szpinakiem i twarogiem

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas pieczenia: ok. 1 h

Tarty najczęściej robię z masą jajeczno-śmietankową, czasami z serem ricotta. Znalazłam gdzieś przepis, w którym na wierzchu był zwykły ser twarogowy. Z pewną rezerwą postanowiłam sprawdzić to połączenie i… wyszło świetnie. Szpinak świetnie zgrał się z twarogiem. Kilka słów o szpinaku. Staram się na straganach kupować taki na wagę, nie paczkowany, żaden „baby”, po prostu stertę liści, z których na patelni niewiele zostaje.
    Ciasto

  • 180 gram masła pokrojonego na kawałki
  • 2 łyżki oleju roślinnego
  • 6 łyżek wody
  • duża szczypta soli
  • 300g mąki (u nas orkiszowa, wiadomo)
  • Farsz

  • 350 g twarogu (biorę śmietankowy)
  • 200 ml śmietanki 18% lub 30%
  • 3 jajka
  • gałka muszkatołowa
  • sól, pieprz
  • 500 g świeżego szpinaku
  • 2 ząbki czosnku
  • masło klarowane
  • 1 cebula

Przygotowanie

Rozgrzać piekarnik do temperatury 210 stopni. W średniej wielkości misce żaroodpornej połączyć masło, olej, wodę i sól. Wstawić miskę do piekarnika na około 15 minut, aż masło będzie bulgotało i zacznie robić się brązowe na brzegach. Wyciągnąć miskę ostrożnie z pieca (masło może pryskać) i wymieszać szybko z mąką za pomocą łyżki, aż do uzyskania stałej konsystencji. Przenieść ciasto na blachę i rozprowadźić za pomocą łopatki lub łyżki. Gdy ciasto nieco przestygnie, dociśnąć je do boków blachy. Wstawić do piekarnika na około 15 minut. Wystudzić zanim nałoży się farsz.Przygotuj farsz: połącz twaróg, śmietankę i jajka, dopraw solą, pieprzem i gałką. Na patelni roztop masło klarowane, krótko podsmaż umyty wcześniej szpinak, dodaj czosnek, sól i pieprz. Odsącz na sicie. Wyłóż odsączony szpinak na przestudzonym cieście, przykryj warstwą twarogu. Cebulę pokrój na cienkie plasterki, rozłóż na cieście. Zapiekaj w temp. 170 – 180 stopni około 30-35 minut.
 

Być Mamą

Dzień Matki

Być Mamą

Dzień Matki

Maja i Łukasz już w szkole, Antek odstawiony do przedszkola. Zawsze od razu zabieram się do pracy, ale dzisiaj siadam na chwilę z kubkiem herbaty, by w ciszy i spokoju pomyśleć o tym jak to dobrze być mamą. Z jednej strony dorosły już Facet, dojrzały, o ustabilizowanych poglądach. Z drugiej Pięciolatek, który kocha mnie bezwarunkowo, nie widzi jeszcze żadnych moich wad (chwilo, trwaj!). Bardzo mądry, czasami mądrala, nasz rodzinny Filozof. A między Nimi jedna Babeczka, 100% Kobiety w Kobiecie, niesamowicie emocjonalna, dusza artystyczna, nigdy do końca nie wiadomo o czym myśli. Jestem mega szczęściarą, mam trójkę świetnych, zdrowych dzieci.
Jednocześnie myślę o trzech Mamach, które poznałam w poniedziałek (pisałam o tym na fb) na warsztatach kulinarnych, które dla Nich prowadziłam. Myślę o Nich i setkach innych Mam, które świętują dzisiaj Dzień Matki ze swoimi dziećmi na oddziałach onkologicznych. Mamach, które na co dzień, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, trwają przy nich. Jak wygląda Ich dzień? Co myślą, co czują?
„Zapomnij o godności.
Uwierz, że wraz ze wstąpieniem w szpitalne progi Twoja godność zostaje gdzieś „tam” – za drzwiami.
Patrzysz w oczy swojego małego skarba, przeszywają Cię nieznane dotąd emocje – złość, ból, bezbronność, niedowierzanie; również nadzieja i wiara w lepsze jutro; … zapewne jeszcze przez kilka dni pozostaniesz w szoku, w głowie uporczywie kłębić się będzie myśl o wielkiej pomyłce i będą wyskakiwać myśli, że za chwilę wylądujesz z powrotem w bezpiecznym domu (…)
Nie chcesz tracić swej godności.
Obserwujesz z ukrycia zachowania kompanów z sali chorych. W duchu podśmiewasz się, że podporządkowują się dziwnym przepisom i – na Twoje oko – absurdalnym zachowaniom.
Na sygnał Pani salowej – bez zająknięcia- opuszczają pomieszczenie, respektują zakaz otwierania okna, zakaz spacerowania po korytarzu, wchodzenia do kuchni (kuchenki oddziałowej), zakaz siadania na łóżku dziecka (o położeniu się obok w ogóle nie możesz pomyśleć); grobowa cisza podczas obchodu lekarskiego; czasem pojawiają się obowiązkowe kitle, maseczki na twarz i worki ochronne na buty.
Zagubiona – zagubiony szukasz swojego miejsca, ale tak naprawdę nie znajdziesz go tam nigdy… zawsze będziesz przebywać „na spalonym”, czyli w punkcie, gdzie akurat musi się dostać dyżurna pielęgniarka :-)
Nie wierzysz w to, ale większość „tubylców” zjada obiadek, a później szpitalną kolację. … Ty zachowujesz „godność” i albo kąsasz bułę przyniesioną z domu, albo głodujesz (w sumie w tym czasie i tak nie odczuwasz głodu).
Granicą, w której przekraczasz swoje wyobrażenie godności jest pierwsza nocka w szpitalu.
Wiem, że Ty nigdy byś się nie poddał(a) … ale nadchodząca noc z pewnością pełna jest niespodzianek.
Po pierwsze – nawet jeśli przewidziałeś(aś), że będzie potrzebny ręcznik, mydło, klapki, itd., to najczęściej nie możesz zrozumieć, że nie ma łazienki przeznaczonej dla dorosłych. W końcu ktoś Ci podpowiada, że w połowie szpitalnego korytarza, w magazynku z artykułami sanitarnymi, znajduje się stara wanna, w której można dokonać codziennych ablucji (rzeczywiście umycie się staje się rytualne). Ból jest jeszcze taki, że drzwi nie mają zamknięcia na klucz … i jesteś ósmy(a) w kolejce po Kasi, Basi, Romku, Zosi …
Czekając na swoją kolej do „myjni” nadal obserwujesz szpitalny savoir-vivre – przecierasz oczy ze zdumienia widząc jak rodzice sprawnie rozkładają swoje, wcześniej zbunkrowane, posłanie – karimata, śpiwór, poducha … nagle znika światło i znikają Oni.
Pusto?
Otwierasz szeroko oczy i dostrzegasz „Ich” leżących pod łóżkami swoich dzieci – niebywałe, ale tylko tam jest miejsce, aby nie przeszkadzać obsłudze szpitalnej w dostępie do chorych, urządzeń, kroplówek, badań …
Nierzadko, w tym momencie pojawia się pomysł przespania nocy na krześle, przy łóżku Twojego „dzielnego bohatera”.
… u „nowych” kryzys przychodzi około północy, inni wytrzymują do 3-ciej – 4-tej, mistrzowie zawisają na poręczy łóżka dopiero około 5-tej.
Sen nie trwa długo (o ile w ogóle), bo co kilkadziesiąt minut następują przymusowe pobudki w związku z podłączaniem leków, czujników, zmianą chemii; do uszu dochodzą jęki obolałych dzieci, płacz, słyszysz o omdleniach, wymiotach, siusiu i kupce.
Jeśli jakimś cudem jest cisza (a zdarza się niezwykle rzadko) to i tak już około 5:30 następuje pierwsze mierzenie temperatury u wszystkich chorych … budzący się szpital i szepty o zbliżającej się „oddziałowej” nieuchronnie stawiają wszystkich na równe nogi.
Kolejny dzień spędzasz na jawie, bo emocje i zmęczenie już Cię dopadły w swoje stalowe objęcia.
Zaczyna Ci być wszystko jedno. Przestawia Cię pielęgniarka – nie masz pretensji, przychodzi lekarz – stajesz „na baczność”, podają Ci jedzenie – to szpitalne – zjadasz; przez telefon mamroczesz do rodziny, aby szybko organizowali karimatę, jeśli nie mają to proponujesz szybką przejażdżkę do Decathlona …
Góra 3 dni i już jesteś SWÓJ – przyznajesz mi rację – Twoja godność pozostała za murami szpitala.
Przyzwyczajasz się do podkrążonych oczu, zmierzwionych włosów, braku makijażu, klapek i grubych skarpetek na nogach.
Wydaje mi się, że tyle słów wystarczy. (… dla wtajemniczonych: wystarczy nawet zamiast listu intencyjnego …)
Te pierwsze godziny spędzone na oddziale onkologii dziecięcej łamią obraz życia na zawsze – już nigdy nie wygląda ono tak samo jak dawniej.
Nawet, jeśli wkrótce leczenie kończy się pozytywnie, to w głębi serca pozostaje niemijający strach i przerażenie.
Można by tworzyć bez końca, opisując najcięższe chwile, które zbijają z nóg.
Szloch, wycie matek na szpitalnym oddziale …, informacja o złych wynikach badań, konieczność przeprowadzenia pilnej operacji, wznowy, przerzuty, transfuzje itd.
Równie ciekawy w kwestii godności byłby opis tzw. „podziemia szpitalnego” – chwytania się wielu, często każdej szansy na wyzdrowienie – począwszy od wróżek, znachorów, czarodziejów, przez energoterapeutów, dietetyków, specjalistów od teorii spiskowych, po wiarę w cudowne medykamenty, boskie talizmany, modlitwy duchownych – nierzadko związanych z zupełnie inną od wyznawanej wiarą … a także bezkrytyczne wyobrażenie, że leczenie za granicą jest skuteczniejsze.
Nieźle byłoby wspomnieć o perfekcyjnym odgrywaniu godności – tej godności pokazywanej przed dziećmi – uśmiechu, dodawaniu otuchy, mówieniu, że wszystko jest i będzie dobrze.
Także przed znajomymi, rodziną, sąsiadami, a nawet lekarzami.
Ręczę, że to są tylko pozory, bo wystarczy jedna chwila, jedno mgnienie najcudowniejszych oczu Twojego dziecka, aby schować się przed światem i wylać potoki łez.
Po prostu walka o życie toczy się na całego – bez mrugnięcia oka zrobisz to, o czym nie pomyślałbyś nawet w najokropniejszym śnie.
Walczysz bez wytchnienia, Twoje życie, zdrowie i to co o Tobie ktoś pomyśli przestaje się liczyć … i nie potrzebna Ci godność – możesz miesiącami spać na gołej podłodze, jeść suchy chleb, byle tylko być przy dziecku i doczekać się jego powrotu do zdrowia.” *
* Tekst o godności napisała jedna z Mam, która wyraziła zgodę na jego publikację. Powstał on w ramach II Dni Mamy Onkologicznej organizowanych przez Drużynę Szpiku. Myślą przewodnią tegorocznej edycji jest właśnie „Godność i walka”. Mamy ogromną nadzieję, że uda się w końcu coś zmienić!

Chiński makaron z zielonymi warzywami (bezglutenowy)

Czas przygotowania: ok 25 min.

Chiński makaron z zielonymi warzywami (bezglutenowy)

Czas przygotowania: ok 25 min.

Siedziałam w domu, pracowałam i poczułam głód. W pierwszym odruchu chciałam zrobić sobie bułkę, ale zaraz stwierdziłam, że nie ma takiej opcji. Przygotuję sobie coś lekkiego, pysznego, z dużą ilością warzyw i tylko z tego, co mam w lodówce i szafkach. Coś, co moja rodzina skwituje uśmiechem pt. „zbyt zdrowe”. I oto jest: lekkie, pyszne, z dużą ilością warzyw (dodatkowo bez glutenu) pyszne danie bezmięsne. Takie dania uwielbiam! Wymyślać i jeść!
P.S. Rodzina wróciła ze szkół i pracy, zgłodniała i zjadła całą sporą resztę. I powiedziała, że było pyszne. Trudno ich przewidzieć.
  • opakowanie makaronu chińskiego (mój był z zielonego groszku i fasoli mung)
  • pół niedużej młodej kapusty
  • jeden duży lub dwa mniejsze brokuły
  • kubek mrożonego groszku (chyba, że będzie już świeży)
  • spory kawałek świeżego imbiru
  • 3 ząbki czosnku
  • olej
  • sos sojowy
  • syrop klonowy/ daktylowy
  • sól, pieprz
  • sezam

Przygotowanie

Brokuły umyć, podzielić na różyczki, łodygi obrać i pokroić na kawałki. Wrzucić na 4-5 minut do osolonego wrzątku, odcedzić (zostawić wodę, w której się gotował) i zaraz wrzucić do bardzo zimnej wody (najlepiej z lodem), żeby zachować kolor. To samo zrobić z groszkiem. Kapustę pociąć na nieduże paski, obrany imbir w zapałkę, a czosnek zmiażdżyć i posiekać. Makaron ugotować wg instrukcji na opakowaniu (ugotowałam go w wodzie po brokułach). Rozgrzać garnek, wlać olej i gdy będzie ciepły, wrzucić imbir i chwilę smażyć. Dorzucić czosnek i smażyć dalej, mieszając. Po chwili dorzucić kapustę, wlać nieco syropu i sosu sojowego i dusić ok. 2 minut, żeby kapusta nadal była chrupka i jędrna. Dorzucić brokuły, groszek i makaron, posolić i popieprzyć. Smażyć wszystko razem przez chwilę, żeby warzywa były twardawe. Podawać posypane podprażonym sezamem i świeżo zmielonym pieprzem.
 

Cieniutkie kruche ciasto z rabarbarem

Czas przygotowania: ok. 20 min., czas pieczenia: ok. 50 min.

Cieniutkie kruche ciasto z rabarbarem

Czas przygotowania: ok. 20 min., czas pieczenia: ok. 50 min.

Kiedy na straganach pojawia się rabarbar, kupuję go pęczkami i przerabiam na kompot i najróżniejsze ciasta. Kompot z rabarbaru oraz śliwkowy to moje hity. Dawniej piłam go tylko z Antkiem, od zeszłego roku pije go także reszta rodziny, która się bardzo do niego przekonała. Ciasta z rabarbarem także cieszą się dużym powodzeniem. Dzisiaj ciasto, które upiekłam już kilka razy i zebrało mnóstwo ochów i achów, nie tylko domowników, ale także gości. Przepis na spód ciasta pochodzi z książki „Gotowi, by gotować” Agnieszki Kręglickiej, o której już na blogu wspominałam. Kruszonka, moja radosna twórczość, to mieszanka masła, cukru trzcinowego, płatków owsianych i zmielonych migdałów.
    Spód

  • 230 g mąki (u nas orkiszowa)
  • 100 g masła, dość miękkiego
  • 100 g cukru trzcinowego
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka kamienia winnego (naturalnego proszku do pieczenia)
  • 1 łyżka kwaśnej, gęstej śmietany
  • 3-5 gałązek rabarbaru
  • Kruszonka

  • skórka otarta z cytryny
  • 100 g schłodzonego masła
  • 80-100 g cukru trzcinowego
  • ok. 100 g płatków owsianych
  • ok. 100 g zmielonych migdałów

Przygotowanie

Mąkę, masło, cukier, jako, kamień winny, śmietanę i skórkę cytrynową zagnieść szybko na ciasto (najłatwiej za pomocą miksera). Ciasto będzie miękkie, elastyczne. Blaszkę (ok. 23×35 cm) wysmarować masłem i wylepić ciastem, co nie jest takie łatwe, bo trzeba je mocno naciągać. Przy takiej wielkości blachy, cisto będzie bardzo cienkie. Jeśli wolicie nieco grubsze ciasto lub nie chce się wam z nim za bardzo walczyć, weźcie nieco mniejszą blachę. Włożyć ciasto do rozgrzanego do 200 st. piekarnika na ok. 20 mn. Rabarbar umyć, obrać i pokroić na kawałeczki. Wrzucić je do miski, wsypać ok. łyżki cukru i wymieszać. Z masła, cukru, płatków owsianych i mielonych migdałów zrobić ręcznie kruszonkę. Jeśli masa jest zbyt zwarta, dosypać nieco mąki. Wsadzić do lodówki. Gdy spód ciasta przestygnie, rozłożyć na nim kawałki rabarbaru, wcześniej odsączone na sicie (polecam wypić sok, jest pyszny!). Rozłożyć kruszonkę i piec ok. 40 min.
 

Sałatka z ziemniaków i nowalijek

Czas przygotowania: ok. 20 min. plus czas gotowania ziemniaków

Sałatka z ziemniaków i nowalijek

Czas przygotowania: ok. 20 min. plus czas gotowania ziemniaków

W końcu nadeszły cieplejsze dni, a im cieplej, tym mam większą chęć na surowiznę. Powoli porzucam harirę, zupę cebulową i bulwy w najróżniejszej postaci. Kupuję rzodkiewki, kalarepy, kapusty, botwinki, szczypiorek i oczywiście mnóstwo zielonej pietruszki, którą uwielbiam. Chrupiemy je w całości, dorzucam je do szkolnych kanapek i oczywiście komponuję najróżniejsze sałatki. Oto mój najnowszy mix.
  • ok. 10 starych ziemniaków lub ok. 20 młodych
  • 1 czerwona cebula
  • 2 kiszone ogórki
  • pęczek rzodkiewek
  • pęczek szczypiorku
  • 1-2 cebulki ze szczypiorem
  • pół pęczka natki pietruszki
  • spora garść rukoli
  • olej rzepakowy z pierwszego tłoczenia
  • sól, świeżo mielony pieprz

Przygotowanie

Stare ziemniaki opłukać i ugotować je w mundurkach (czyli skórce), przestudzić. Młode delikatnie umyć, zachowując skórkę. Przestudzić, pokroić. Cebulę przekroić na pół i pokroić w bardzo cienkie półplasterki. Ogórki i rzodkiewki pokroić, szczypiorek, szczypior i pietruszkę posiekać. Wlać olej (używam wilkopolski), posolić i popieprzyć, dokładnie wymieszać. Na końcu dorzucić rukolę i jeszcze raz przemieszać. Dobrze schłodzić przed podaniem.
 

Roladki z kurczaka z szynką i szpinakiem

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas pieczenia: ok. 30 min.

Roladki z kurczaka z szynką i szpinakiem

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas pieczenia: ok. 30 min.

Nie mam serca do wymyślania nowych dań mięsnych. Nie mam serca do samego mięsa, więc z tego to pewnie wynika. Moim mięsożercom przygotowuję ciągle te same mięsne potrawy, z czym wcale nie jest mi dobrze. Postanowiłam w długi weekend, o czym już wcześniej pisałam, odświeżyć nieco domowe menu i wertowałam dziesiątki przepisów w książkach i sieci. Ten przepis inspirowany jest kuchnią włoską. Trochę musiałam się pogimnastykować, ale efekt (podobno) bardzo dobry. Danie przygotowałam z trzech filetów wierząc (głupio), że starczy na dwa dni. Zrobiłam 6 dużych roladek i 3 małe (z samych polędwiczek, czyli tej małej części fileta), tylko oprószone solą, dla Antka (niestety, jakiekolwiek nadzienie w jego przypadku powoduje odmowę jedzenia).
  • 3 duże filety z kurczaka
  • ok. 20 plastrów dobrej szynki wędzonej (miałam niedużą plastry)
  • kilka liści świeżego szpinaku
  • 2 – 3 ząbki czosnku
  • oliwa
  • sól, pieprz

Przygotowanie

Filety umyć, osuszyć. Odciąć małą część czyli polędwiczkę, a dużą przeciąć na pół wzdłuż tak, aby otrzymać dwa dość cienkie kawałki mięsa. Wszystkie kawałki rozbić delikatnie tłuczkiem i oprószyć solą i pieprzem z obu stron. Posmarować dwustronnie oliwą i rozsmarować przepuszczone przez praskę ząbki czosnku. Poukładać umyte i dobrze osuszone liście szpinaku, na to plastry szynki. Zawinąć i pospinać wykałaczkami (lub sznurkiem, jeśli ktoś używa). Ułożyć w naczyniu żaroodpornym, posmarować jeszcze oliwą i włożyć do nagrzanego do 190-200 st. piekarnika. Piec ok. 30 minut. Co jakiś czas przekładać, żeby były równomiernie upieczone. Podawać z warzywami.
 

Orzechowe ciasto (bez glutenu, bez laktozy)

Czas przygotowania: ok. 15 min., czas pieczenia: ok. 40 min.

Orzechowe ciasto (bez glutenu, bez laktozy)

Czas przygotowania: ok. 15 min., czas pieczenia: ok. 40 min.

Od lat długi weekend majowy spędzamy w domu. Wiele osób wyjeżdża, więc mamy ciszę i spokój. Śpimy do późna, jemy pyszne, przeciągające się śniadania, wychodzimy na długie spacery z psem, a później coś tam sobie wymyślamy. Kino, kawiarnia, kręgle… na co tylko mamy ochotę. Wieczorem wspólne oglądanie filmu albo kącik czytelniczy – rozkładamy się na kanapie i fotelach, każdy ze swoją książką. Dla mnie był to także czas poszukiwania nowych kulinarnych inspiracji. Przeglądałam moje książki kucharskie, które bezczynnie stoją na kuchennych półkach, bo nie mam kiedy do nich zaglądać. Siedziałam także w sieci, odwiedzając znajome ulubione blogi, ale udało mi się znaleźć kilka nowych. Wpadłam na www.natchniona.pl, blog prowadzony przez młodziutką dziewczynę z przepisami bezglutenowymi. Kilka lat temu, gdy była nastolatką, dowiedziała się, że nie toleruje glutenu. Na jego pożegnanie zjadła wielkie ciastko biszkoptowe z kremem i tak rozpoczęła się jej bezglutenowa przygoda. Trudna i ciężka na początku, jak pisze, ale… Poczytajcie sami, polecam. Lubię historie, gdy z czegoś trudnego rodzi się coś fajnego, a historia „Natchnionej” do takich należy. Poza tym świetne przepisy i super zdjęcia. Przepis na ciasto orzechowe właśnie stąd pochodzi. Wiedziałam, że będzie pyszne. Zniknęło natychmiast.
  • 250 g orzechów włoskich
  • 5 białek
  • 170 g cukru trzcinowego
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 3 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 40 g gorzkiej czekolady
  • kilka łyżek mleka roślinnego

Przygotowanie

Orzechy zmiksować na grubą mąkę. Białka najlepiej ubijają się, gdy przez kilka godzin trzymane są w temperaturze pokojowej (sprawdziłam wypiekając setki bez). Wrzucić je do miski i rozpocząć ubijanie. Gdy białka się spienią, dorzucić szczyptę soli i ubijać dalej. Dopiero gdy białko jest ubite, zacząć stopniowo dosypywać cukier. Cały czas ubijać. Gdy białka będą ubite, dolać sok z cytryny i delikatnie wymieszać. Dorzucić orzechy i siemię i wszystko bardzo delikatnie, ale dokładnie wymieszać. Blaszkę lub formę (mniej więcej 30-20/25) wyłożyć papierem do pieczenia, wylać masę. Piec 40 minut w temp. 180 stopni. Wystudzić. Już takie są pyszne, ale polecam jeszcze chwilę poczekać i zrobić masę czekoladową, rozpuszczając czekoladę z mlekiem w kąpieli wodnej. Gdy masa nieco przestygnie, posmarować nią pokrojone na kwadraty ciasto.
 

Cantuccini

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas pieczenia: ok. 40 min.

Cantuccini

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas pieczenia: ok. 40 min.

Cantuccini to włoskie ciasteczka z dużą zawartością migdałów, które we Włoszech jada się najczęściej do kawy. Dlaczego? Bo są twarde i w kawie się je po prostu moczy, żeby zmiękły. Nam jednak ich twardość nie przeszkadzała, nie doczekały nawet kawy. Zniknęły natychmiast. Piekę je najczęściej z Antkiem, który uwielbia obierać skórkę z migdałów. Wyskakują z łupinek i musimy zbierać je po całej kuchni. I w tym jest największa frajda!
Przepis na ciasto pochodzi z książki „MammaMia”, pełnej oryginalnych włoskich przepisów.
W oryginalnym przepisie zalecana jest mąka tortowa, ja piekę na białej orkiszowej i są idealne.
  • 0,5 kg maki
  • 350 g cukru (używam trzcinowy
  • 4 jajka
  • 200 g migdałów (w całości)
  • 1 łyżeczka miodu
  • 12 g proszku do pieczenia (najlepiej naturalny kamień winny)
  • szczypta soli

Przygotowanie

Migdały zalać wrzątkiem i parzyć pod przykrywką ok. 10 min., odcedzić, obrać. Wysypać na blachę i opiec w piekarniku w 180 st. przez ok. 10 min. , pokroić grubo. Usypać stożek z maki, wbić jajka, dodać cukier, miód, sól i pokrojone migdały. Dokładnie zagnieść ciasto. Ciasto dość ciężko się wyrabia, bo jest zwarte i klejące, więc nie polecam ręcznego wyrabiania. Najlepiej użyć do tego miksera. Z ciasta uformować 4 płaskie wałki szerokie na 2-3 cm. Ułożyć po dwa na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, w dużej odległości od siebie, bo mocno wyrastają. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180 st. na ok. 30 minut (ja w połowie pieczenia zamieniam blachy miejscami, żeby ciasto się równo upiekło). Wyciągną, obniżyć temperaturę do 160 st. Chwilę odczekać i ostrym nożem pokroić wałki w poprzek na ukos, rozłożyć j na blachach poziomo i wstawić do piekarnika jeszcze na około 10 minut. Cantuccini powinny być złociste i chrupiące. Przechowywać je w szczelnie zamkniętym słoju.
 

Najlepsza pizza (orkiszowa) ever!

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas wyrastania i pieczenia: 1-1,5 h

Najlepsza pizza (orkiszowa) ever!

Czas przygotowania: ok. 30 min., czas wyrastania i pieczenia: 1-1,5 h

Pizza sprawdza się u nas zawsze. Od zawsze. Przerobiłam już wiele przepisów, ale ten jest najlepszy! Do proporcji musiałam dojść sama, bo w oryginalnym przepisie był błąd, ale przekonał mnie sposób robienia pizzy. Podobno tak się to robi w Neapolu. Polega to mianowicie na tym, że najpierw na kilka minut wkłada się do piekarnika sam drożdżowy, rozwałkowany placek i podpieka przez kilka minut, aż na wierzchu zrobi się twarda „skórka”. Dopiero tak podpieczony spód smaruje się sosem i układa ulubione dodatki. U nas jest to tylko mozzarella, po upieczeniu dorzucamy świeżą rukolę lub bazylię. Pizza jest cieniutka, bardzo lekka.
Co ważne! Pizzę pieczemy w opcji góra-dół/ pieczenie tradycyjne, żadnego termoobiegu. I najlepiej na jednym poziomie. Trwa to dłużej, ale efekt zdecydowanie lepszy.
Dla naszej rodziny robię ciasto z 1,5 proporcji.
  • 10 dkg świeżych drożdży
  • ok. 1 szklanki ciepłej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 500 g mąki (u nas orkiszowa)
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżka oliwy
  • ok. 500 – 700 ml pulpy pomidorowej
  • 1 łyżeczka cukru, oregano, sól, pieprz
  • 1-2 ząbki czosnku
  • odrobina oliwy

Przygotowanie

Drożdże rozpuścić w wodzie, dodać cukier, nakryć czystą ściereczką i poczekać kilka minut, aż zaczyn „ruszy”. Do miski przesiać mąkę (ja wszystko robię na mące orkiszowej, ale oczywiście zwykła biała pszenna jest ok), dodać sól i powoli dolewać rozczyn, wyrabiając już ciasto, dodać oliwę. Wyrabiać ok. 10 minut (jeśli ręką, w mikserze ok. 7-8 minut), aż stanie się gładkie i nie będzie się kleić do rąk. Włożyć do misy wysmarowanej oliwą, wierzch delikatnie posmarować oliwą, nakryć czystym ręcznikiem i odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce (w zależności o temperatury od 20 do 60 minut). Ciasto powinno podwoić swą objętość.
Ciasto podzielić na części i każdą rozwałkować na okrągły placek, podsypując mąką w razie potrzeby. Rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawić na 4-5 minut do rozgrzanego do 220 st. piekarnika (opcja góra-dół nazywana też pieczeniem tradycyjnym) i podpiec, aż na wierzchu ciasta pojawi się „skorupka”. Wyjąć, posmarować sosem, rozłożyć ulubione dodatki i ponownie wstawić do piekarnika, tym razem na 15- 20 minut. Sos zrobić w ten sposób, że do pulpy dorzucić posiekany czosnek, cukier, sól, pieprz, oregano i oliwę. Wymieszać.
 

Pomysł na Wielkanoc. Bezwstydnie prosty mazurek

Czas przygotowania: ok. 20 min., czas chłodzenia, pieczenia, studzenia: ok. 2 h

Pomysł na Wielkanoc. Bezwstydnie prosty mazurek

Czas przygotowania: ok. 20 min., czas chłodzenia, pieczenia, studzenia: ok. 2 h

Moje mazurkowe wspomnienie z dzieciństwa to mazurki u cioci Krysi, które piekła ze swoją mamą i ciocią. Były cieniutkie, na cieście były jeszcze dwie warstwy. Odwiedzaliśmy ich zawsze w Wielką Sobotę, ja wraz z siostrą i bratem myśleliśmy tylko o tych mazurkach. Były idealne!!! Nigdy później czegoś takiego nie jadłam. A te dekoracje!!! Nie wiem, skąd w czasach PRL-owskich niedoborów ciocia wyczarowywała migdały i inne cuda.
Kilka razy piekłam mazurki, oczywiście nie tak fantastyczne, ale nie cieszyły się zbyt wielkim powodzeniem. Wolimy inne ciasta. W tym roku odkopałam jednak stary przepis. Jest bezwstydnie banalny, więc idealnie wpisuje się w filozofię „Dziękuję, nie gotuję”. Jest też nieziemsko słodki i nie nazwałabym go zdrowym, ale co tam. Wielkanoc jest tylko raz w roku!
  • 300 g mąki (orkiszowa biała i razowa)
  • 150 g zimnego masła
  • 1 łyżeczka kamienia winnego (naturalny proszek do pieczenia)
  • 100 g cukru trzcinowego
  • 1 żółtko
  • 1 łyżeczka śmietanki
  • 500 g krówek
  • 200 ml śmietanki 30%
  • 1 łyżka masła

Przygotowanie

Zimne masło z lodówki posiekać nożem, dodać mąkę, kamień winny, cukier, żółtko i śmietankę. Szybko zagnieść ciasto (najlepiej i najszybciej mikserem), owinąć je folią spożywczą i schłodzić w lodówce ok. 1 godziny. Po tym czasie wyjąć, chwilę odczekać i wylepić formę (używam takiej do tart), formując rant. Pic ok. 30 minut w 160 st. Przestudzić. Zrobić masę, wrzucając krówki do garnka i zalewając je śmietanką. Gotować, ciągle mieszając, aż cukierki się roztopią. Najlepiej miesza się trzepaczką balonową. Gdy masa będzie już jednolita, dodać masło i ponownie wymieszać. Chwilę ją przestudzić i wylać na upieczony spód. Udekorować według uznania (i umiejętności).